Historia rasy

Czubatość u drobiu była polską specjalnością począwszy od średniowiecza. Do końca XIX wieku wszystkie kury czubate nazywano powszechnie polskimi. Jeszcze dwieście lat temu nie było w Polsce dworu lub bogatej włościańskiej zagrody, w której by nie biegały. Zwracały uwagę swoją oryginalną urodą. Dla wielu hodowców i miłośników są one najpiękniejsze na świecie. Doczekały się nawet wzmianki w Panu Tadeuszu Adama Mickiewicza. Dlatego tak ważne jest, aby nie utracić tych elementów kultury materialnej, które świadczą o ogromnej bioróżnorodności i są naszym prawdziwym dziedzictwem narodowym.

To kura ogólnoużytkowa o spokojnym charakterze, wszechstronną, nadającą się dla szerokiego grona użytkowników, a więc zarówno gospodarstw agroturystycznych, czy nawet farmerskich, a także niewielkich zagród przydomowych, dostarczającej ekologicznych jaj oraz smacznego białka zwierzęcego. I co bardzo ważne - znakomicie przystosowanej do środkowo europejskich surowych warunków klimatycznych stąd preferowany jest - nieprzemarzające nawet w największe mrozy - grzebień różyczkowy w postaci fałdy oraz niewielkie dzwonki przykryte małą brodą.
Selekcja jednocześnie prowadzona była w kierunku kury ozdobnej, o dumnej „arystokratycznej” postawie. Dlatego przy hodowli należy zwrócić uwagę, poza masywnym typem budowy i sylwetką, przede wszystkim na dwa elementy, które są cechami charakterystycznymi tej rasy:

  • Czubek powinien być fantazyjny, niewielki, taki, jakim charakteryzowały się najczęściej średniowieczne polskie kury czubate spotykane na polskich dworach – stąd nazwa czubatka dworska. Ten niewielki czubek powinien symbolicznie nawiązywać do nakrycia głowy bardzo popularnego w XIV-XVII wieku w Europie Wschodniej, czyli tzw. kołpaka.
  • Ogon powinien być możliwie bujny, gęsty, noszony prawie pionowo, przypominający skrzydła noszone przez polską husarię.

Przyjrzyjmy się historii poszukiwań i powstawania tej eleganckiej i dostojnej kury, oczami samego prekursora, Stanisława Roszkowskiego.

 

CZUBATKA DWORSKA

W POGONI ZA IDEAŁEM

      O odtworzeniu staropolskiej kury czubatej, zwanej też pospolitą, polską kurą dworską lub szlachecką, pisały, a nawet marzyły całe pokolenia Polaków. Temat ten pojawia się w wielu publikacjach począwszy od połowy XIX wieku, poprzez bardzo sprzyjający okres dla hodowli drobiu, czyli dwudziestolecie międzywojenne, aż po czasy współczesne.

     Podczas gdy myśmy nawoływali, zagraniczni hodowcy, na bazie rodzimego polskiego materiału, stworzyli wiele ozdobnych ptaków: houdany, creve couer, kury brabanckie, styryjskie, sulmtalskie a także czubatki polskie brodate i bezbrode. Do dzisiejszego dnia ostatnie wymienione rasy cały świat bez mała nazywa Polish lub Poland’s. Do dzisiaj kury z fantazyjnym kołpakiem, jak to określali jedni, czy pióropuszem, jak mówili drudzy były i nadal są nieodłącznym elementem naszego krajobrazu. Czy są to jednak te same co przed dziesięcioleciami kury?

     Kiedy w połowie 2005 roku ruszyłem w Polskę na poszukiwania pierwszym zasadniczym pytaniem, jakie sobie zadawałem było: a jak ten mamut w rzeczywistości wyglądał? Co mówią na jego temat źródła historyczne? Przestudiowałem całą dostępną polską literaturę, nawiązałem kontakty z polskimi muzeami posiadającymi w swoich zbiorach wizerunki starodawnych kur, przejechałem nawet kilka tysięcy kilometrów do Holandii, aby obejrzeć obrazy sławnych mistrzów niderlandzkich.

    Niestety nie zachowało się zbyt dużo materiałów archiwalnych, które by były pomocne przy odpowiedzi na zadane powyżej pytanie, a jeżeli napotkane ślady cokolwiek mówiły na ten temat, to jedynie w sposób pośredni. Co prawda istnieje opis Maurycego Trybulskiego dawnej czubatki pospolitej z lat dwudziestych ubiegłego wieku, nie poparty on jednak został żadnym zdjęciem ani rysunkiem. Oto jeden z opisów Trybulskiego.

 

(..)uważam za bardziej celowe zwrócić uwagę polskich hodowców na p o s p o l i t e n a s z e c z u b a t k i, j a k o n a m a t e r i a ł, n a d a j ą c y s i ę d o p r o d u k c j i u ż y t k o w y c h o d m i a n. W roku 1910 hodowałem bardzo nieśne stadko czarnych czubatek, nabytych u włościan w okolicach Puław. Kurki te były bardzo efektowne i dość wyrównane, a co najważniejsze – nieśne, ruchliwe i odporne na zmiany atmosferyczne. W województwie warszawskim spotykałem wiele czubatek, które przykuwały uwagę, dzięki swej typowości. Na szczegół ten zwracałem uwagę wielu hodowcom i dziś uważam, iż zajęcie się polskiemi, pospolitemi czubatkami jest bardzo wdzięczną pracą.”


     Przy przeszukiwaniu archiwalnych materiałów natknąłem się też i na inne charakterystyki, a także zdjęcia i ryciny, niekoniecznie pasujące do opisu Trybulskiego, co mogło oznaczać tylko jedno – typów kur czubatych występujących w Polsce było wiele. Trudno się zresztą temu dziwić. Nie było wzorca rasowego, który by wytyczał kierunek pracy hodowlanej. Jednym słowem idea i misja odtwarzania starodawnej rasy wydawały się bardzo szlachetne. Co z tego jednak, kiedy nie bardzo wiadomo było, jaki wybrać kierunek pracy hodowlanej.

    W pierwszym etapie poruszaliśmy się po omacku. W towarzystwie Dawida Szikory z Kurowa przeczesałem kilka wsi, nawiązałem kontakt z Jarkiem Wartaczem z pobliskiego Nałęczowa, zjeździłem też, dzięki życzliwości Jurka Wysockiego z Tykocina i Antka Popko z Białegostoku całą Białostocczyznę, zaprosiła mnie też Ania Czarnota na kujawsko-pomorskie. Na własną rękę spenetrowałem całe, bez mała, województwo mazowieckie, a zwłaszcza dawne radomskie przy pomocy Justyna Szwede. Jak więc widać lista ludzi dobrej woli była długa.

   Niestety zebrany materiał wyjściowy w wymiarze hodowlanym, jaki udało nam się zdobyć, przypominał wielką mozaikę. Z całego kraju ściągnąłem chyba z 50 ptaków. Po wstępnej selekcji pozostało około 30 kurek i trzy koguty – wśród nich nie było dwóch jednakowych. Trafiały się egzemplarze z dużymi i z małymi łapciami w typie kur pawłowskich, białe, czerwone, żółte, jastrzębiate, czarne, a także – jak je nazywałem – spleshowe. W końcu pozostawiłem sobie 16 kurek. Całe to moje „stado zarodowe” łączyły wszakże dwie wspólne cechy – wszystkie egzemplarze miały wyraźny wpływ kur towarowych, jakie rozprowadzane były i nadal są na wsiach od dziesiątek lat przez wylęgarnie drobiu, a także miały, co prawda różnej wielkości, ale jednak czubki. Zadawałem sobie nie tylko postawione na wstępie pytanie, jak ta mityczna czubatka pospolita w rzeczywistości wyglądała przed wiekami ale też, w jakim kierunku prowadzić pracę hodowlaną? Co wybrać? Jaką odmianę barwną zacząć preferować? Przez rok czasu próbowałem wielu różnych wariantów, pojąłem choćby próbę wyselekcjonowania odmiany kuropatwianej. Efekty mizerne, ale za to kilkaset odchowanych kurczaków, z którymi nie wiadomo było co zrobić, wysokie koszty opieki, szczepionek i tony skonsumowanej karmy. Na wiosnę przyszłego roku pomógł mi przypadek.


     Dzięki forum „Woliery” Łukasz Włodarczyk namówił mnie na parkę kurek bursztynowych znalezionych w okolicach Bełchatowa. Początkowo nie chciałem ich wziąć, bo po pierwsze miały... brodę, a po drugie kogut miał grzebień różyczkowy, co niezbyt mi się na początku podobało. Łukasz przysłał mi tę parkę na własny koszt. Kiedy otworzyłem karton, oniemiałem – kogucik okazał się przepiękny, i w takim typie, w jakim zacząłem sobie wyobrażać czubatkę pospolita. Mocny, przysadzisty, no i przede wszystkim z pięknym ogonem. Już nie trzeba było zastanawiać się nad tym, jaki powinien być wzorzec czubatki pospolitej – ten kogucik był żywym wzorcem.  
Wkrótce stał się on najsławniejszym chyba kogutem w Polsce, a na pewno na forum „Woliery, gdzie nazywany był „Bażancikiem”; poświęcono mu mnóstwo wypowiedzi. Nie ukrywam, że dzięki niemu polubiłem nie tylko brodę, ale i grzebienie różyczkowe, a jego grzebień w formie nieregularnej fałdy przypominającej orzech włoski był przepiękny.

    Czy „Bażancik” był żywym przykładem czubatki pospolitej? Na jego przykładzie uświadomiłem sobie, że nie jest możliwe odtworzenie tej jednej, idealnej kury, ponieważ takich „prawdziwych” pierwotnych czubatek było i nadal jest wiele. Bezprzedmiotowym i jałowym wydała mi się dalsza pogoń za ideałem. Dlatego też pracę hodowlaną zacząłem prowadzić wzorując się na jednym, konkretnym, określonym typie rodzimych kur, dla których protoplastą został „Bażancik”. 

    O słuszności obranej drogi ostatecznie przekonały mnie dowody, jakie znalazłem w monumentalnym opublikowanym w 1914 roku dziele Holendra R. Houwinka „De Hoenderrassen”, gdzie zostały pokazane ryciny pokazujące grupę krępych kur z brodą i niewielkim czubkiem określanych jako „Het Siberische Hoen” oraz „Het Kuifhoen (Russiche)” i „Het Pavlow Hoen”. Czyż kury nazywane w tym dziele syberyjskimi nie przypominają jako żywo naszego „Bażancika”?

     Dodatkowym dowodem na to, że był to dobry wybór okazało się zdjęcie koguta bursztynowego, które ma w swoich zasobach archiwalnych Muzeum w Szreniawie pod Poznaniem.

Przedstawia ono – wypisz wymaluj – „Bażancika” i zostało zrobione na początku tego wieku. Obecnie tego typu kur już nie ma w kurnikach Muzeum, co było dla mnie dodatkowym bodźcem do tego, aby zająć się tematem czubatki pospolitej. Porozumiałem się z przedstawicielami Muzeum, otrzymałem zgodę na publikację zdjęcia. Dzisiaj mogę zdradzić, że do Muzeum w Szreniawie trafiło nowe stadko kurek bursztynowych. Wtedy to postanowiłem zrobić kompletne przemeblowanie w swoim stadzie. Zestawiłem dwie grupy genetyczne. Kogucikowi Łukasza dałem tylko pięć kurek, bo miał już swoje lata; początkowo myślałem, że jest niewiele warty, bo nigdy nie widziałem, jak kryje. Okazało się jednak, że krył, i to jak. Od niego miałem prawie 100% wylęgowość. „Bażancik” ciężko pracował.

Co prawda kogucik Łukasza ciężko pracował i nazbierałem z grupy, której był szefem, bardzo dużo jajek, ale nie do końca zadawalał mnie rezultat jego starań, bo dawał bardzo zróżnicowane w typie potomstwo. Nie mogło być zresztą inaczej. Za partnerki miał bowiem stadko kurek o nieustalonym genotypie. Było to i nadal jest zasadniczą i bardzo poważną przeszkodą w prowadzeniu pracy hodowlanej, co oznacza w praktyce kolejne tysiące kurczaków, z którymi nie ma co zrobić…

Dzisiaj z perspektywy czasu taką metodę pracy hodowlanej oceniam jako katastrofalny błąd. Kluczem do stworzenia rasy był „Bażancik”. Kury powinny pełnić jedynie funkcję narzędzia, typowej „kielni”, przy pomocy, której tworzy się budowlę. Byłem jednak pod wpływem ogromnej presji środowiska, które były przekonane, że te wszystkie krzyżówki to „autentyczny materiał zarodowy”, jakie ostał się na polskich wsiach. W taki sposób objawiał się polski mistycyzm. Ale mleko się już rozlało i musiałem brnąć w ten zaułek, z którego początkowo nie wiedziałem jak wyjść. Pierwszego roku odchowałem ponad 200 kurczaków – potomków Bażancika. W następnych latach były to cyfry idące w setki sztuk, często bliżej tysiąca. Rocznie.

     Mam pełną świadomość, że wiele osób może mieć swoje wyobrażenie, co do tego, jak powinna wyglądać pospolita starodawna czubatka i niekoniecznie te wizje muszą być zgodne z kierunkiem, który ja obrałem. Droga, którą ja obrałem nie musi być wcale tą jedyną i słuszną. Dlatego też, aby nie zamykać nikomu drogi, została wybrana taka a nie inna nazwa dla tworzonej nowej rasy kur – czubatka dworska. Nic nie stoi na przeszkodzie aby inni hodowcy zaczęli też tworzyć czy odtwarzać też te inne, „prawdziwe” czubatki, które nazwą sobie staropolskimi, pospolitymi , zagrodowymi czy w jakikolwiek inny sposób. Zaniedbania w hodowli polskich ras drobiu są ogromne i dla każdego powinno starczyć miejsca. Niemcy, dla przykładu, mają kilkanaście swoich „narodowych” ras. Czy uda nam się włączyć do naszego programu instytucje państwowe? Przykład choćby Słowaków, którzy dotują hodowlę swojej narodowej „orawki”, świadczy, że dla chcącego nic trudnego... Następną niewiadomą jest, czy kurka ta ma szansę trafić pod strzechy i czy zainteresuje się jej hodowlą szersze grono odbiorców?

    W dniu 7 lutego 2009 roku podczas posiedzenia Komisja standaryzacyjnej ds. Drobiu przy PZHGRiDI w Poznaniu słowo stało się ciałem. Czubatka dworska po przejściu pełnej trzyletniej procedury rejestracyjnej została uznana za nową polską rasę drobiu. Na razie jedyną uznaną odmianą barwną jest barwa bursztynowa. Prowadzone są jednak prace nad innymi odmianami, przede wszystkim kuropatwianą.

    Czubatka dworska wydaje się idealnym materiałem do zasiedleń polskich zagród i podwórek. Nie tylko jest bardzo ładna, ale posiada też wiele znakomitych cech użytkowych. Już sam fakt, że cecha czubatości przetrwała do naszych czasów, jest fenomenem. Ta czubatość ciągle jest obecna, przetrwała wojny, ataki drapieżników i siekiery gospodarzy. Jest dużo bardziej od innych szlachetnych ras odporna na choroby i złe warunki siedliskowe. Szybko dojrzewa i bardzo dobrze się niesie, już pięciomiesięczne kurki dawały mi pierwsze jajka. Jest spokojna, przyjacielska, nie oddala się zbytnio od kurników. Dobrze wykorzystuje paszę, zadowala się przysłowiowym byle czym. Moim zdaniem jest znakomitym materiałem na kurkę towarową, mogąca z powodzeniem zastąpić wielko fermowe produkcje. Jednym słowem łączy w sobie cechy kury ozdobnej z użytkową, co z uwagi na aspekt ekonomiczny, ma duże znaczenie w polskich warunkach. Jest także - co bardzo ważne - znakomicie przystosowana do środkowo europejskich surowych warunków klimatycznych stąd preferowany jest - nieprzemarzające nawet w największe mrozy - grzebień różyczkowy w postaci fałdy oraz niewielkie dzwonki przykryte małą brodą.

     W pełni zdaję sobie sprawę, że doskonalenie rasy potrwa jeszcze wiele lat. U ras już istniejących od dziesiątek lat występują zauważalne gołym okiem różnice, a co dopiero mówić w przypadku rasy dopiero tworzonej, takiej jak czubatka dworska, dla której bazą był bardzo zróżnicowany, pozyskany w różnych częściach kraju materiał wyjściowy.
Sądzę, że w chwili obecnej ci wszyscy, którzy zaczęli się interesować odtwarzaniem starych polskich ras kur, mają absolutnie równe szanse. Do tego niepotrzebne są ani duże pieniądze, ani jakieś szczególne warunki bytowe, czyli kurniki, wybiegi. Każdy mógł wsiąść jeżeli nie w samochód, to na rower i szukać materiału zarodowego. Jest historyczna szansa, aby zrobić coś naprawdę pożytecznego. Coś z niczego – mówiąc przewrotnie. Dla mnie, pomimo tego że równocześnie hoduję kilka pięknych japońskich kur, zawsze podstawą będą polskie rasy. Nie jest problemem, kupić gdzieś, głównie w Niemczech, pięknie ukształtowanego „gotowca”, gdzie nie trzeba zawracać sobie głowy genetyką, jakimiś eksperymentami, bo cała bez mała populacja wyjdzie jednakowa; od czasu do czasu wymieni się tylko w tym stadzie koguta. Sztuką jest stworzenie jakiejś odmiany barwnej czubatki czy odtworzenie starodawnej rasy polskich kur od podstaw.

I to jest właśnie twórcze...

I piękne...

Stanisław Roszkowski
(Styczeń 2010 rok.)

     Przez ostatnie lata uczyliśmy się hodowli tych ptaków które doskonale zachowują się w naszym klimacie. Mimo  licznych przeszkód, udało się. Dzięki ciężkiej pracy organicznej wielu hodowców, mamy dziś w kraju kolejną Polska rasę. Hodowlą zaczyna się interesować coraz więcej ludzi. Wielu odnajduje w tym wielką pasję. To zajęcie niezwykle ciekawe i twórcze a na pewno wyzwanie,  ale musimy spróbować. Wiele ras zmieniało się na przestrzeni dziejów… ewoluowało. To jednak nie najważniejsze.

Świat idzie do przodu, zmienia się wszystko… w tym i kury...

    W oparciu o tę jakże piękną pasję, która nas hodowców łączy, postanowiliśmy połączyć siły i wspólnie dążyć do osiągnięcia zamierzonego celu, powstania tej oryginalnej polskiej rasy i w dniu 31 stycznia 2016 roku podczas Krajowej Wystawy Gołębi Rasowych i Drobnego Inwentarza w Kielcach zawiązaliśmy Klub Czubatki Dworskiej.